Jesteś tutaj: StartOpowieści DrogiHirokazu Kanazawa – Moc (Siła) Umysłu

Hirokazu Kanazawa – Moc (Siła) Umysłu

Samuraj

W Japonii kontakty są często utrudnione, szczególnie w środowisku wielkich mistrzów Karate. Są oni wierni tradycjom tajemnicy i wyjątkowo rzadko zgadzają się na wywiady prasowe.

Rolland Gaillac był kiedyś uczniem Hirokazu Kanazawy i z tego powodu zachował z nim pewne uprzywilejowane stosunki.

W wywiadzie tym instruktor J.K.A. (Japan Karate Assocciation), który stał się legendą dzięki zwycięstwu ze złamaną ręką w I Mistrzostwach Karate w Japonii, przedstawia swój punkt widzenia na filozofię sztuk walki.

 

Rolland Gaillac:

„Najbajeczniejsze anegdoty krążą na temat wielkich mistrzów Karate. Są one czasem trudne do rozgraniczenia między rzeczywistością, a fikcją, między autentyzmem, a tym co daje legenda.

Na Pana temat w szczególności, opowiada się pewną bardzo piękną historię, mającą związek z I Mistrzostwami Japonii. Jak było w rzeczywistości?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„A, tak… chce Pan rozmawiać o tej sprawie, o moim złamanym ramieniu. To jest historia autentyczna, historia bardzo prosta… To było w 1956 r. Byłem wtedy młodym zawodnikiem, pełnym zapału, jednym z tych, którzy po osiągnięciu 25 lat i po kursie technik podstawowych zdecydowali się wziąć udział w kumite.

W tamtym okresie w Japonii oczekiwano dobrego poziomu od zawodników we współzawodnictwie. Nie odbywało się to wszystko bez kłopotów, częstych z młodzieńczej gwałtowności, a także bez braków technicznych, które zawsze towarzyszą człowiekowi. Skrupulatnie przygotowywałem się i zostałem wyselekcjonowany. Jednak na 5 dni przed mistrzostwami wypadek postawił mnie przed problemem. Kiedy prowadziłem kumite z 7 osobami, pod koniec walki złamałem przedramię w najmniej szczęśliwym miejscu. Byłą to dla mnie katastrofa. Poszedłem odnaleźć mojego mistrza Nakayamę, aby wytłumaczyć mu, że byłem przeciwny poddaniu się. Mistrz Nakayama poradził mi abym odpoczął. Dwa dni później przyjechała do mnie moja matka, której nie zdążyłem już uprzedzić. Była bardzo dumna ze mnie. Przejechała całą Japonię, aby zobaczyć moją walkę. Byłem bardzo zakłopotany i usiłowałem jej wytłumaczyć, że na próżno odbyła całą podróż, ponieważ zmuszony byłem zadeklarować swój walkower z powodu złamanej ręki.

Wtedy moja matka powiedziała:

„ Jak to, czy Karate to tylko ręce?”

„Nie” odpowiedziałem trochę zdziwiony „Oprócz rąk, to także nogi.”

„Więc dobrze” powiedziała matka „Możesz walczyć, ponieważ zostały ci jeszcze nogi.”

„Byłem trochę wstrząśnięty, ale musiałem przyznać, że jej argument był stuprocentową prawdą. Dlatego nawet nie próbowałem jej tłumaczyć, że ryzykuję pewnymi komplikacjami. Moja matka miała wielkie do mnie zaufanie. Wróciłem do mistrza Nakayamy, chciałem z nim porozmawiać. Już wtedy wiedziałem jedno, że muszę przezwyciężyć opory wewnętrzne, gdyż inaczej nie będę mógł walczyć. Musiałem dostarczyć specjalne zaświadczenie wystawione przez lekarza J.K.A. W końcu, choć z zażenowaniem, pozwolono mi brać udział w zawodach. Ostatecznie nie miałem żadnej nadziei. Przed samym startem myślałem żeby wygrać jedną lub dwie walki, albo żeby przynajmniej były to ładne walki, aby matka nie jechała tak długo na darmo. Ale, przechodziłem wszystkie eliminacje zwycięsko ze złamaną ręką, atakując przeciwników nogami. Rozochocony zaciskałem zęby. W ten sposób znalazłem się w półfinale twarzą w twarz z Nakamurą, który w owym czasie miał bardzo silną pozycję. Napierany przez niego zdołałem wykonać mawashi geri osiągając jego głowę. Zwyciężyłem przez ippon. Finał przeciwko Tsuyama odbył się w atmosferze prawdziwych owacji publiczności. I tym razem zwyciężyłem. Wszystko wydawało mi się snem. Przyznano mi zwycięstwo i zostałem bohaterem dnia. Czasami, naprawdę, nie trzeba nic więcej by osiągnąć pozycję, która towarzyszyć będzie człowiekowi przez całe życie.”

 

Rolland Gaillac:

„Sądzę, że nie poprzestał Pan na tym?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Oczywiście nie. Następnego roku rozpocząłem treningi… z moimi dwoma zdrowymi rękoma, tym razem. Osiągnąłem wtedy pierwsze miejsce w Mistrzostwach Japonii w Kata. Wykonałem „Sochin”, moje kata ulubione.”

 

Rolland Gaillac:

„Jaki był Pański stopień wtajemniczenia w tym czasie?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„5 dan, bez wątpienia jeden z najmłodszych 5 dan na świecie.”

 

Rolland Gaillac:

„Co się z Panem działo potem?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Po zdobyciu I miejsca w Mistrzostwach Japonii prasa, radio, telewizja ogłaszały obszerne publikacje na temat mojej osoby. Dużo mówiono o mnie…W ten sposób obdarto mnie z tego wszystkiego. Następnie mistrz Nakayama poprosił mnie, abym wstąpił do J.K.A. (Nippon Karatedo Kai), jako etatowy instruktor. W tym czasie J.K.A. było szkołą pokory, proszę mi wierzyć. Zaakceptowałem to, ponieważ było to zgodne z tym, co chciałem robić. W ten sposób zadebiutowałem, jako instruktor na łonie Shotokan.”

 

Rolland Gaillac:

„Czy przez pewien czas zajmował się Pan wyłącznie sekcjami i klubami zagranicznymi?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Tak to prawda. Wiele podróżowałem, byłem ambasadorem Karate Shotokan w wielu krajach. Hawaje, gdzie nauczałem przez dwa lata, od 1959 do 1962 roku. Następnie przede wszystkim w Europie, od 1962 do 1970 roku. Większość czasu spędziłem w Anglii, dużo uczyłem w Niemczech. Przebywałem w wielu innych krajach, ale to już później. W związku z tym mam wielu przyjaciół na całym świecie.”

 

 

 

Rolland Gaillac:

„Kto był Pańskim Mistrzem?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Właściwie dwaj ludzie. Mistrz Funakoshi przede wszystkim, z którym pracowałem i do którego czułem wielkie przyzwyczajenie, oraz Mistrz Nakayama, z którym pracuję do dziś.”

 

Rolland Gaillac:

„Co zrobiło na Panu największe wrażenie u Mistrza Funakoshi’ego?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„To jest człowiek, który wpłynął na mnie przede wszystkim. To, kim był, to więcej niż mógł zaprezentować w walce karate w tym czasie. To był prawdziwy człowiek, pełen siły i buntu zarazem… Był osobą pełną humanizmu, nadzwyczajnej głębi, był czymś więcej od tej legendy, którą uświęca się do dzisiaj. Przede wszystkim spokój, który jak myślę wywarł na mnie największe wrażenie. I ta jego bystrość. Pod koniec jego życia odnajdywałem Go w domu, w taksówce, chodziliśmy razem do dojo na treningi. Sprawiało mu przyjemność gawędzenie z młodym adeptem sztuki karate. Pewnego dnia obserwowałem jego, gdy wychodził z taksówki. Był bardzo powolny, wydawał mi się zmęczony.

Pomyślałem wtedy:

„Biedny, stary człowiek, jaki on powolny, gdyby go teraz zaatakowano nie byłby w stanie się obronić.”

I nagle… Mistrz Funakoshi szybko obrócił się w moim kierunku i powiedział:

„O czym teraz myślisz, Hirokazu?”

„ O niczym szczególnym.” odpowiedziałem zażenowany.

„Tak, ty myślisz o mnie.”

„Nie, Mistrzu, zapewniam, że nie.”

W tym momencie nie potrafiłem ukryć swoich myśli. Mistrz Funakoshi przejrzał mnie wtedy na wylot.

Uśmiechnął się i powiedział:

„ Ty myślisz, że gdybym został teraz zaatakowany, nie zdołałbym się obronić. Lecz ty się mylisz, mój synu.”

Skamieniałem. On czytał we mnie, jak w książce. Byłem tak wstrząśnięty, że nie mogłem wydusić z siebie nawet słowa zdziwienia, ani pytania, nic. Jak wszyscy prawdziwi Mistrzowie, Gichin Funakoshi rozwijał się dzięki medytacjom. Rozwinął coś więcej niż zwykłe zmysły, które posiada i których używa na co dzień każdy przeciętny człowiek. I bez wątpienia, gdyby miałby być zaatakowany, wyczułby to jeszcze przed rozpoczęciem ataku. Bo to też jest karate.”

 

Rolland Gaillac:

„Co myśli Pan o Karate dzisiaj i o różnych formach tego co nazywane jest pełnym kontaktem (full kontakt).”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Nie jestem przeciwny… Ja także byłem zawodnikiem, brałem udział w kumite. Dzisiaj jeszcze, w wieku 48 lat nie sprzeciwiam się twardej walce. To jest takiej, jaka była w moich czasach. Lecz nie może być jedyną formą. Trzeba myśleć o przyszłości. Po np. 35 latach należy pomyśleć o czymś głębszym. Trzeba rozwijać kata, które mogą być źródłem ogromnej radości. Nie wolno wręcz zarzucać aspektu duchowego. Przecież cała siła pochodzi z umysłu.”

 

Rolland Gaillac:

„Mówi się, że jest Pan wielkim specjalistą, jeżeli chodzi o Taichi. Czy, nie jest to niezgodne z Karate?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Nie, dlaczego? Taichi jest wspaniałą sztuką, bardzo bliską w rzeczywistości formom jogi. Jest to wspaniała sprawa, jeżeli chodzi o koncentrację i studia nad oddychaniem i nad łączeniem, harmonijnym łączeniem ruchu i oddechu.”

 

Rolland Gaillac:

„Jakich rad udzieliłby Pan młodym karatekom?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Przede wszystkim nie zaniedbywać aspektu duchowego. Ten, kto ma mocny umysł, urodził się z wielką siłą wewnętrzną, siłą charakteru, z wielką wolą zwyciężenia samego siebie, ten bez wątpienia będzie dobrym karateką i tym lepiej dla niego. Ale wszyscy inni nie mogą zapomnieć, że te cechy można i trzeba osiągać przez pracę nad sobą. Jako zasadę najbardziej ogólną, polecam pracę nad oddychaniem, oddychaniem pochodzącym z brzucha. Cały sekret karate jest tam w głowie i w brzuchu. Poza tym bardzo ważne jest poszukiwanie równowagi i poczucie precyzji. Bez precyzji, skuteczność jest niemożliwa. Jeżeli osiągnie się dobre podstawy, reszta niejako przychodzi sama.”

 

Rolland Gaillac:

„Sensei Kanazawa, czy wróci Pan kiedyś do Europy?”

 

Hirokazu Kanazawa:

„Być może, być może. Mam trochę projektów, lecz na razie są one jeszcze tajemnicą. Po Mistrzostwach Świata w Tokio w lipcu 1977 r. może Panu odpowiem.”